22 lip
2013
Kategoria: Bieganie, Lifestyle
Dodane przez    9 koment.

Górski Złoty Półmaraton

Program dolnośląskiego festiwalu biegów górskichBardzo długo czekałam na swój debiut górski, panika ogarniała mnie od dawna, co nie raz opisałam w przeróżnych miejscach na blogu. Bieg odbył się 20 lipca 2013 na Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich podczas, którego biegacze zmagali się również z dystansem 223km – Bieg 7 Szczytów, 100km – K-B-L, 42km – Złoty Maraton oraz 10km – Bieg na Śnieżnik. Postaram się opisać wszystko dokładnie, z emocjami i mam nadzieję, że elaborat z tego nie wyjdzie. Zabieram Was w podróż na wymarzony bieg górskich, podczas którego działo się mnóstwo ciekawych i dramatycznych rzeczy.

Czwartek, 18.07.2013

To dzień, w którym kombinowałam z dojazdem. Samochód odmówił posłuszeństwa, dlatego już praktycznie byłam pogodzona z odpuszczeniem podróży. Jednak wizyta u mechanika pomogła, szybka godzinna naprawa i popołudniu już zabierałam się za pakowanie oraz psychiczne przygotowanie do biegu. Tego dnia w Stroniu Śląskim wystartował o 18.00 dystans ponad 200km.

Piątek, 19.07.2013

Pobudka o 5.30 odbyła się bez problemów. 500 kilometrowa podróż wymęczyła, ale ostatecznie udało się dotrzeć na miejsce noclegu w Złotym Stoku. Najbardziej zapamiętałam miejscowość Niemodlin (piękne miasteczko, muszę tam wrócić!) oraz Nysa, od której pojawiła się panorama gór. Dojeżdżając do Złotego Stoku byłam coraz bardziej przerażona, bo pofałdowania rosły w moich oczach w tempie zawrotnym i nawet chciałam zawrócić. Trochę po 17tej wybrałam się po odbiór pakietów do Lądka Zdrój. Kręta 13km droga ukazywała piękno krajobrazów, w których zakochałam się już na trasie, dalej moje uwielbienie tylko wzrastało z każdym kolejnym spojrzeniem.

Pakiet biegacza z Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich w Lądku Zdrój 18-21 lipiec 2013Samochód został w “dolnej” części Lądka, koło Rynku, z którego potem szłam na piechotę w część zdrojową, gdzie znajdowało się Biuro Zawodów. Odbiór pakietu odbył się sprawnie i w miłej atomosferze. W środku koszulka, numer startowy, batonik (bardzo dobry), żel energetyczny, mapa biegów festiwalu, imienna karta biegacza uprawniająca do zniżek w oznaczonych miejscach, worek depozytowy, kilka fajnych ulotek. Następnie po debacie ze współtowarzyszami jutrzejszego biegu oraz konsultacjach z pierwszej ręki, okazało się, że nie ma sensu czekać na pierwszego zawodnika z trasy Biegu Siedmiu Szczytów, gdyż będzie najprawdopodobniej nad ranem. Wróciłam więc do Złotego Stoku, gdzie po bardzo dobrej kolacji, udałam się spać.

Sobota, 20.07.2013

W Lądku Zdroju pojawiłam się jakoś po siódmej, chciałam zobaczyć pierwszych zawodników z trasy na 100km i udało się. Przygotowywałam się do startu najspokojniej jak potrafiłam. Na niebie mnóstwo deszczowych chmur, ale jak to w górach nawet pogoda zaskakuje, bo do startu się rozpogodziło. Warunki idealne do biegania. Kręciłam się, robiłam fotki, nawadniałam, jadłam śniadanie, kibicowałam wbiegającym na metę biegaczom z najdłuższych tras, ot takie zwykłe czynności. Udało mi się dorwać organizatora festiwalu – Piotra Hercoga oraz pewnie już każdemu znanego Marcina Świerca, który startował w Złotym Maratonie i oczywiście zajął pierwsze miejsce. Start Złotego Maratonu i Złotego Półmaratonu był przewidziany z tego samego miejsca, na godzinę 11.00. Do Złotego Stoku (meta półmaratonu) biegliśmy razem z zawodnikami maratonu. W Złotym Stoku dla nas był przewidziany finisz, natomiast maratończycy biegli znowu do Lądka Zdrój, ale inną trasą.

11.00 – start

Po starcie Złotego Maratonu i Złotego PółmaratonuSam start odbył się bardzo sprawnie i od razu pod górkę, gdyż wbiegaliśmy na górę o nazwie Trojak (766 metrów). Już po minucie spokojnego startu byłam porządnie rozgrzana i tłuszcz topił się niemiłosiernie. Łydki paliły i powiem szczerze, przerażenie zaczęło wzrastać, od razu zaczęłam myśleć, że nie mam szans. Ale jestem zacięta bestia, więc napierałam noga za nogą, aż na sam szczyt. Potem zaczęły się zbiegi, które wiedziałam, że lubię, jednak zaczęłam asekuracyjnie, gdyż na ostatnim treningu zaczęłam za mocno i miałam ostry ból w barku. Tym razem mądrzejsza, nie pędziłam jak kozica. Coraz bardziej mi się podobało, lubię to pilnowanie kroku, wybieganie trochę do przodu, gdzie pobiec dalej, gdzie lepiej stanąć, cały czas w pełnym skupieniu :) Po zbiegu oczywiście kolejna wspinaczka na Szwedzkie Szańce (710 metrów), tutaj było dość kamieniście, ciężko, mięśnie pracowały na najwyższych obrotach, ale przyjemność na końcu, kiedy już przygotowujesz się do zbiegu, ogromna. W tym miejscu okazało się, że pewna pani jest lepsza ode mnie w zbiegach, jednak na podbiegach to ja ją mijałam i tak, aż do około 9km z uśmiechem na twarzy się mijałyśmy.

Zbieg przed bólem kolana nawet mi wychodziłNa 8km był przewidziany bufet, gdy do niego dobiegłam byłam w okropnym szoku, że to już tyle za mną, przecież dopiero wystartowałam. Byłam meega głodna, więc dorwałam wafelki, banana, wypiłam kubek napoju. Bidon został napełniony, zjadłam jeszcze dwie ćwiartki pomarańczy i biegłam dalej, pełna nowej energii i coraz większego zadowolenia, bo widziałam z przodu zawodników, których najwidoczniej doganiałam. I oczywiście kolejny podbieg, bo jakże mogło być inaczej, w końcu góry – tutaj albo z górki, albo pod górkę. Teraz dopiero zaczyna się walka, bo będzie już tylko pod górkę… Nagle czuję to, czego się obawiałam. Po ostatnim długim wybieganiu (20km) na około 17km zaczęło mnie boleć kolano, do tego stopnia, że nie mogłam kontynuować treningu i do domu wróciłam pieszo. Dałam więc sobie na wstrzymanie, smarowałam, rozciągałam i przeszło. Jednak nie do końca, bo właśnie to prawe kolano, w sumie jego zewnętrzną część, będę przeklinać do samego końca półmaratonu.

Każdy zbieg zaczął być połączeniem marszu, wspierania się na czym tylko można, pełnej uwagi i ogromnego bólu ze łzami w oczach. Na podbiegach oraz tych bardziej wypłaszczonych zbiegach starałam się biec, gdyż wtedy kolano się nie odzywało. Mimo to było coraz gorzej. Na jednym ze zbiegów mijał mnie “latający” biegacz, który jak się okazało wystartował w Biegu 7 Szczytów, ale musiał odpuścić na 120km i ambicja nakazała mu pobiec Złoty Maraton. Zwolnił przy mnie, zapytał co się dzieje, po objawach stwierdził, że to zapewne więzadło. Podziękowałam za rady, życzyłam powodzenia i podziwiałam jak lewituje nad kamieniami. Najtrudniejsze było trzymanie kolana “w ryzach”, całe się dosłownie trzęsło, latało na każdą stronę. Do tego mimo pilnowania się na zbiegach, zdarzały się chwile, że gdzieś się wykręcało i wtedy ból był nie do zniesienia, w tych momentach przystawałam, zaciskałam zęby i powstrzymywałam łzy. Głęboki oddech i dalej od nowa. Starałam się mimo wszystko cieszyć z widoków, podświadomie czułam, że nie mam szans na zmieszczenie w limicie, tym bardziej, że bolało bez względu jak wyglądała trasa.

Widok z trasy biegu Złotego PółmaratonuJakieś 3-4km przed metą spotkałam poznanego rano bardzo miłego ultramaratończyka, mieszkańca Lądka Zdrój, który biegał w latach 70tych. Teraz po operacji biodra jeździ rowerem, robi zdjęcia i dopinguje biegaczy…potem niestety się nie odnaleźliśmy, a miałam zostawić kontakt do siebie. Poradził, żeby spokojnie swoim tempem dotrzeć do mety, podziękowałam i marszobiegłam dalej. Poczucie frustracji narastało, gdyż nawet przy zbieraniu sił, próbowaniu przezwyciężania bólu, wszystko szło na marne, czułam się bezradna i beznadziejna. W sumie modliłam się, żebym tylko nie złamała nogi, nic sobie nie skręciła, nie straciła zębów, powoli godziłam się z faktem pewnego rodzaju porażki. Na ostatnim zbiegu, już wprost do Złotego Stoku wyprzedziło mnie kilka osób i wtedy wiedziałam, że jestem ostatnia. Jednak zbytnio się tym nie przejęłam, gdyż ból był nieznośny i coraz większy. Starałam się truchtać, w tym momencie najważniejsze było zakończyć to pseudobieganie, dotrzeć na metę. Limit czasu wynosił 3,5 godziny. Żeby się w nim zmieścić zabrakło mi 1 minuty i 45 sekund, osobiście wolałabym żeby to było 20 minut, wtedy nie było by myśli typu mogłaś tak nie przystawać, mniej jęczęć to dostałabyś medal. A tak medalu nie ma…chociaż górski debiut zaliczony. Trasa oznaczona perfekcyjnie, nie mam pojęcia jak można było się zgubić na półmaratonie, ale z tego co wiem takich przypadków nie było.

Start Złotego Maratonu i Złotego Półmaratonu oraz meta Złotego Maratonu w Lądku ZdrójPraktycznie bez słów wróciłam autobusem do Złotego Stoku, zjadłam sobie makaron i pojechałam się wykąpać. Miały być prysznice dla uczestników, a był jeden – ogromny minus. Rozbieranie się w towarzystwie myjących się przy umywalkach mężczyzn to ciekawe doświadczenie, w końcu jesteśmy jedną rodziną w takich momentach. Czułam rozczarowanie, połączone ze smutkiem, niedosyt, ale też satysfakcję, że nie odpuściłam i walczyłam do końca. Ktoś mądrze powiedział “Zbieraj doświadczenie”. I tak to właśnie potraktuję. Tego co przeżyłam i zobaczyłam nikt mi nie zabierze, ani trochę nie żałuję tego biegu i już wiem, że wrócę tam za rok.

Oprócz kolana nie boli nic. Jutro spokojnie mogłabym wyjść pobiegać, tylko to cholerne kolano. Przypominam sobie znowu mój półmaraton w Warszawie, gdzie mięśnie bolały od tłuczenia w asfalt, teraz tego nie mam. Mój debiut maratoński stoi pod znakiem zapytania i to wielkim. Po pierwsze nie wiadomo co powie lekarz, po drugie nie lubię asfaltu, a po trzecie być może wyjdzie na to, że dla mnie maks to dystans półmaratonu. 3 sierpnia mam bieg na 10,7km – Bieg Szlak Trafi – i nie wiadomo czy będę mogła pobiec…ta świadomość mnie przytłacza :( Staram się myśleć pozytywnie, mimo wszystko. Wszystko się okaże w swoim czasie. Trudno zrezygnować, z przyjemności jaką daje mi bieganie, mam nadzieję, że nie będę zmuszona tego zrobić.

Oczywiście Wielkie Podziękowania dla Ad., który do samego końca towarzyszył mi w mojej niedoli. Padła nawet propozycja niesienia mnie na rękach na ostatnim zbiegu…wtedy pewnie nikt by nie wyszedł z tego żywy. Krzyczałam na niego, żeby biegł do mety, ale mimo to został ze mną i jeszcze cykał fotki, ku mej rozpaczy.

  • elunia1240

    Dla mnie zdobyłaś za każdy kilometr biegu w bólu ,,order hartu ducha”….

    • Dorotka

      Dzięki Mamo! :)

  • Przemek, k180.pl

    gratuluję biegu:) też tam byłem..

    kolana kiedyś mnie bolały, ale jak zacząłem biegać inaczej, naturalnie, nie bijąc piętą o ziemie to nie mam żadnych problemów:)

    pozdrawiam i powodzenia:)

    • Dorotka

      Dzięki :) też startowałeś w półmaratonie, czy na innym dystansie?
      Co do biegania naturalnego to niewiele w sumie wiem na ten temat, ale buty Inov-8 wprost mnie zauroczyły już jakiś czas temu. Bieganie w sandałach jest dla mnie szczerze mówiąc abstrakcją ;)

      Pozdrawiam :)

      • Przemek, k180.pl

        Tak startowałem w półmaratonie, to był mój pierwszy górski bieg i jeszcze w sandałach więc nie myślałem na razie o maratonie a tym bardziej o czymkolwiek dłuższym:) na pewno nie był to ostatni raz, biega się przyjemniej niż ulicami..

        Jeżeli chodzi o naturalne bieganie to polecam, ja ukradłem kilka dobrych rad z metody Chi running, Pose running oraz evolution running. tylko nie da sie tego na ślepo wszystkiego naśladować, wybrać elementy dobre dla siebie, ale pamietać o podstawach, to może zaoszczędzić kolana, stawy i pozwolić nam biegać całe życie:)

        pozdrawiam

        • Dorotka

          Gratuluję dobrego czasu w półmaratonie i sprawdzenia się sandałów :) kolejna osoba, która woli teren od asfaltu, jak dobrze… ;)

          Postaram się zainteresować tematem biegania naturalnego i zobaczymy, na razie czekam na wizytę u lekarza.

          Pozdrawiam :)

  • Marcin Biegamblog.pl

    Gratuluję walki do końca. Biegi górskie rządzą się swoimi prawami o czym sam niedługo się przekonam.
    Najważniejsze , że zebrałaś doświadczenie i następnym razem będzie lepiej :)

  • kate

    Dorota, chyba się minęłyśmy gdzieś na trasie:) zgadzam się z przemkiem, jeszcze będzie moc okazji do sprawdzenia się w górach:))
    mam nadzieję, do zobaczenia na trasie!

    • Dorotka

      Ooo proszę :) oczywiście, że będzie jeszcze okazja, bo plan jest taki w przyszłości biegać tylko w górach :) Pozdrawiam ciepło :)