15 kwi
2014
Kategoria: Bieganie, Lifestyle
Dodane przez    10 koment.

Łódź Maraton 2014 – relacja

“Uważaj, bo bieganie maratonów wciąga”, “Debiuty są naprawdę ciężkie”, “Czy mam wezwać karetkę?”, “Teraz już zostali najlepsi!”, “Czemu biegniesz taka spięta? Rozluźnij ręce”, “Dorota nie poddawaj się! Jesteś wielka, już tylko kilka kilometrów” – to tylko kilka z najważniejszych zdań podczas tego maratonu. Działo się wiele i jeszcze więcej.

Odebrany pakiet startowy na Łódź Maraton 2014 - Atlas ArenaWygrany pakiet startowy był dla mnie szokiem, po pewnym czasie tłumaczyłam sobie, że tak miało być. W tamtym roku, z powodu kolana, płacząc i jęcząc, rezygnowałam z maratonu jesienią. Nawet nie myślałam, że na wiosnę zaliczę maraton. Ba! Marzył mi się półmaraton w okolicach terminu tego w Warszawie. Taki dla mnie, dla własnej radości i satysfakcji.

Odbiór pakietu w sobotę poszedł bardzo sprawnie. W środku koszulka z długim rękawem od organizatorów maratonu, kamizelka z odblaskami od PZU, żel, ulotki i oczywiście numer startowy z chipem. Ze względu na to, że moja rejestracja odbyła się na ostatnią chwilę to nie miałam imienia na numerze. Ale z tym sobie poradziłam własnoręcznie. Wbrew pozorom nie czułam jeszcze ogromnego stresu, nie panikowałam, cieszyłam się chwilami przed i samym pobytem w Łodzi. Zjadłam pyszny makaron, opiłam się wody i poszłam spać. Dość szybko usnęłam, ale noc nie była spokojna.

DZIEŃ STARTU

W depozycie przed startem Łódź Maratonu o 9.00Za oknem mgła i 4 stopnie na termometrze. Na śniadanie kanapki z dżemem, herbata i banan. Poranna toaleta, spojrzenie na prognozę pogody, chociaż co to miało zmienić to nie wiem? i tak bym wystartowała. Stres narasta, moje oczy są coraz większe. Największe katusze przedstartowe przeżywałam w depozycie. Oddałam rzeczy bardzo szybko, jednak gdy znalazłam się w tłumie biegaczy poczułam się obco, jak jakaś kosmitka z nierealnym planem. Pojawiały się pytania: “Co ja tu robię?”, “Dlaczego wszyscy mają takie czyściutkie buty?”, no nie potrafiłam się tam odnaleźć – co widać na zdjęciach. Zastanawiałam się dlaczego zdecydowałam się na ten bieg i nic, absolutnie nic, nie zachęcało mnie by wyjść i pobiec. Moje oczy mało nie wyleciały z orbit!

Mimo wątpliwości opuściłam depozyt kierując się na start, który wyznaczony był na godzinę 9.00. Bardzo przyjemnie pokonywało się ten odcinek przez park. Szkoda tylko, że w okolicy startu było tak mało ToiToi i wszystkie umiejscowione w okolicach czasów elity. Skorzystałam z uroków parku, zresztą jak większość. Nawet dobrze nie zdążyłam się rozgrzać, a już usłyszałam odliczanie do startu. Maratończycy startowali równo z biegaczami na 10km. My po prawo, oni po lewo. Bardzo sprytne rozwiązanie. Start poszedł sprawnie, głównie ze względu na dość niewielką ilość biegaczy zdecydowanych przebiec 42km 195m.

Koszulka zajączka - pacemakera na 4:45Pierwsze 10km

Minęły bardzo szybko. Zaczęłam wolniej niż planowałam. Nie pytajcie jakim tempem, bo biegam na wyczucie. Koło 5km, zaczął się do mnie zbliżać balonik na 5:30 i wtedy zostałam zbita z tropu. Plan był taki żeby trzymać się tempa na 4:45, ale gdzie mi do nich? Na szczęście wyrównał do mnie biegacz z zegarkiem, który oznajmił że tempo jest dobre, tylko zające sporo poszły do przodu. I rzeczywiście w okolicach 9km udało mi się dogonić baloniki na 4:45, nie zmieniając tempa. W międzyczasie zostałam dorwana przez zajączka na 5h, który poprawiał moją technikę biegu, zwłaszcza rąk oraz poganiał biegaczy swoim gwizdkiem – ależ to brzmi. Niesamowity starszy człowiek, energii tyle że na dwa maratony by wystarczyło. Jak się potem okazało, sam biega maratony w 3:30 i poświęcił się dla biegaczy. Niestety do mety dobiegł sam.

11km – 20km

Mówią, że pierwsze 20km mija szybko i tak rzeczywiście było. Tę część trasy biegłam równiutko i spokojnie z zajączkami na 4:45. Bardzo dziękuję za rozmowę Edmundowi Jastrzembskiemu, który zagroził, że bieganie maratonów wciąga – czego sam jest dowodem oraz nakazał cieszyć się debiutem. Wtedy jeszcze bardziej starałam się przybijać piątki z kibicami, dziękować za oklaski czy nawet po prostu się uśmiechnąć. To miał być mój dzień. O ile na pierwszym punkcie odżywczym nie wystarczyło dla mnie bananów, tak już na kolejnych było smacznie. Były nawet pomarańcze, ale tych nie brałam. Nie chciałam ryzykować, bo niedługo miała się zacząć dla mnie największa zagadka tego maratonu, czyli co będzie po 30km. Gdzieś koło 16-17km poczułam znajomy ból w kolanie i delikatnie się przestraszyłam, ale zaraz przeszło i do końca był spokój.

Start 9.00 na maratonie w Łodzi21km – 29km

Dalej pędziłam z balonikami na 4:45. Biegło się bardzo przyjemnie, pogoda super, a trasa zróżnicowana. Niestety im bliżej 30km, tym trudniej było mi utrzymać tempo pacemakerów. Cieszyłam się, że plecy nie bolą tak jak od 17km na zeszłorocznym Półmaratonie Warszawskim. Wiedziałam, że przećwiczona zima dała efekty. Od pewnego momentu baloniki widziałam z coraz większej odległości. Pierwsza myśl to GOŃ JE! Ale zdecydowałam, że to nie ma sensu. To jest debiut, nie ścigam się tutaj z nikim, walczę tylko ze sobą, a zresztą taka pogoń mogłaby się bardzo źle dla mnie skończyć. Pogodziłam się z tą myślą i człapałam swoim tempem. Mniej więcej na 29km pojawił się ból. Ból Wszechobecny i Dziwny…

30km – 39km

Bolały nogi, stopy, ścięgna, plecy…brakowało sił, zaczęły drętwieć ręce. Gdy poczułam mrowienie w rękach, zaświtało mi w głowie że najprawdopodobniej przeżywam kryzys. Oddechu nie potrafiłam unormować, mimo wolniejszego tempa. Co najgorsze zaczęła siadać psychika i gdyby nie fakt, że po 30km ustawili się Moi Kibice (skrót: MK) z transparentem to pewnie zeszłabym z trasy. Gdy minęłam 30km, przypomniałam sobie moją obietnicę, że po tylu kilometrach już nawet na kolanach, doturlam się do mety. Nie było odwrotu. Biegłam od latarni do latarni, ale latarnie się nie kończyły. Moi Kibice na trasie maratonu w Łodzi 13 kwietnia 2014Zaczął mnie boleć brzuch, pojawił się dziwny smak w ustach, świadczący o tym, że podawany na punktach różowy izotonik bardzo mi nie służył. Był niedobry, ciepły, zbełtany. Ale napierałam ile potrafiłam.

Mijając na 31km MK dostałam ukochanego, niebieskiego Powerade! I zaczęła się nieszczęsna nawrotka na najgorszych kilometrach mojego maratonu. Patrząc na ludzi, którzy biegną koło Ciebie i mają 3km więcej za sobą jest mega demotywujące, wkurzające i okropne. Po wypiciu prawie połowy izo, postawiłam go między pachołkami, dla kogoś albo dla mnie, jak już będę wracać. Od tego momentu na punktach piłam tylko wodę. Na nawrotce przeżywałam swój własny dramat. Zaczęłam nawet gadać do siebie, wtedy wiedziałam że gorzej być już nie może. Motywowałam się jak mogłam, by nagle zadawać sobie pytania “Po co mi to kurwa było?”, “Jak bieganie maratonów może wciągnąć?” i potem znów “Dorota walcz! Dasz radę. To wcale nie boli”. Mijający mnie pacemaker na 5:00, gdy zobaczył że się zatrzymałam, zapytał czy wezwać karetkę. Kategorycznie odmówiłam. Po raz kolejny mijałam MK, ale już na 36km, chciałam im podziękować, pomachać, ale nie miałam sił głośno nic powiedzieć, wydobywałam z siebie jakieś stęki. Tak! to był najstraszniejszy kilometr tego maratonu. Potem czekała mnie długa prosta i żeby nie zawieść MK biegłam mimo bólu. Po prostu nie po to tyle na mnie czekali, by teraz oglądać jak spaceruję! Ja tutaj przyjechałam biegać!
Największym hitem tego maratonu stała się piosenka Tiny Turner “Eye of the Tiger”. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale słysząc ją w okolicach 38km zebrało mi się na płacz. Ryczałam jak bóbr. Dobrze, że się nie pomalowałam. Ależ to była huśtawka nastroju i samopoczucia.

40km – meta

Z medalem po debiucie na trasie maratonu w Łodzi 2014Po 39km bolało dalej tak samo, ale coś się zmieniło. Tak jakby głowa przestała przeżywać to co się ze mną dzieje. Wróciły chęci i radość. Już wtedy myślałam o tym, gdzie pobiegnę kolejny maraton. Od tego momentu konsekwentnie truchtałam na Atlas Arenę. Dziękowałam kibicom, normalnie leciałam jak na skrzydłach. Być może to perspektywa mety i końca katuszy. Nie wiem, ale zaczęłam czuć przyjemność z bólu i spełnionych marzeń. Czułam, że nikt mi nie zabierze tej satysfakcji i że dokonałam tego, co do niedawna było niemożliwym. Zostałam Maratończykiem!! Wbieg na Atlas Arenę robi ogromne wrażenie, te światła, dym…ah piękna sprawa! Oficjalny czas to 5h 03min 47sek. Potem medal, rozmowa i rozciąganie z Marcinem Syperkiem (drugim z zajączków na 4:45), zjadłam parę bananów, wysępiłam wodę i “pognałam” do depozytu.

Co do wyniku, wiadomo mógłby być lepszy, jak zawsze. Szkoda, że nie ma “4” z przodu, ale nie o to w tym chodzi. Cieszę się ogromnie, jestem mega zadowolona i mam wynik, który chcę poprawić. Nie znudziło mi się bieganie, chcę próbować dalej. Jest nad czym pracować i nie zamierzam spocząć na laurach. Liczę, że to dopiero początek. Poczułam na własnych nogach co to znaczy, żadne słowa nie są w stanie tego opisać, bo to trzeba przeżyć. Jestem dumna z siebie, że się nie poddałam, walczyłam do końca mimo trudności oraz że potrafiłam przez większość dystansu cieszyć się tym dniem.

Medal Łódź Maraton Dbam o Zdrowie 2014Obiło mi się o uszy, że trasa była wymagająca, wręcz górzysta. Może i było trochę górek, ale ja nie uważam, że jakieś strasznie strome, że za dużo. Profil trasy był dostępny od dawna, zresztą po ponad połowie było już praktycznie z górki. Ale nie mam porównania.

Dziękuję wszystkim, którzy trzymali kciuki i kibicowali! :) To naprawdę wiele dla mnie znaczy. Kibice i wolontariusze na trasie wspaniali! Gdybym mogła to każdemu podziękowałabym osobiście. Starałam się uśmiechać, dziękować i radować, chociaż nie zawsze wychodziło tak jak chciałam.

Mam parę zastrzeń do organizatorów, jak brak jedzenia na mecie, były tylko banany z trasy; brak odpowiedniej ilości ToiToi; pod koniec ogromny chaos depozytowy; ale to są takie malutkie rzeczy. Największą wtopą był dla mnie brak opieki medycznej na mecie. Już tłumaczę o co chodzi: podczas 34 i 35 Maratonu w Warszawie, każdy kto dobiegał na metę i złapał się za głowę, co gorsze upadł albo tracił równowagę od razu mógł liczyć na pomoc sanitariuszy, którzy okrywali folią i okazywali pomoc. Tutaj tego nie było. Bez względu na czas, w którym pokonywany był dystans – wiem to od MK. Było stanowisko z sanitariuszami, ale w miejscu za metą i bufetem. Sytuacja, w której mężczyzna przekracza metę i wygina go do tyłu w bardzo nienaturalny sposób jest dramatyczna. Trwa dobrych kilka minut. Ogromnie przestraszona żona krzyczy, próbuje przedostać się do męża, ale ochroniarze nie pozwalają. A sanitariuszy brak. Dopiero po pewnym czasie podchodzi ktoś z organizatorów. Do takich scen według mnie nie powinno dochodzić.

Zabandażowana ręka po cięciu nożemP.S. Najśmieszniejsze jest to, że maraton nie dał rady mnie pokonać, ale nóż kuchenny już tak. Zachciało mi się na śniadanie kroić bułkę, a skończyło się na pogotowiu szyciem. Szczęście w nieszczęściu, że pokroiłam się już po maratonie. Bo z taką raną raczej do mety bym nie dobiegła.

P.S.2. Poza tym nogi mają się dobrze, trochę czuję jak chodzę po schodach, ale delikatnie. Myślę, że niedługo zajdzie rozbieganie. Nie mam żadnych odcisków, obtarć i innych przypadłości, z obaw przedmaratoński sprawdził się ból, trochę wiatru i łzy na trasie.

 

  • Maria

    Wielkie gratulacje! Czyli miałaś maraton pełen emocji :) Najważniejsze, że się nie zniechęciłaś i planujesz kolejny ;) A pierwszego maratonu się nigdy nie zapomina!

    • http://bliczek.pl/ Dorotka

      Dzięki :) Ojj tak emocji było co nie miara…i tak starałam się streszczać w relacji, bo pewnie nikt nie dotrwałby do końca :)

      • elasis

        gratulacje :-) podczytuje twojego bloga.pisalas o kontuzji,o cwixzeniach z chodakowska nie sadzilam ze porwiesz sie na maraton.brawo za odwage!ja biegam do 10 km.ostatni czas 52.38 i zastanawiam sie czy kiedykolwiek przebiegne polmaraton.mozesz powiedziec ile polmaratonow przebieglas?

        • http://bliczek.pl/ Dorotka

          Dziękuję :) Też nie myślałam, że porwę się na maraton tak szybko. Do tej pory wystartowałam w trzech półmaratonach, pierwszy w Warszawie, potem w Sandomierzu i w Lądku Zdrój, gdzie na poważnie zaczęła się moja przygoda z bieganiem.

          Przygotowując się do maratonu również na długich wybieganiach robi się półmaratony, albo więcej lub ciut mniej.

          Pozdrawiam :)

  • Aśka

    Dorotka jesteś WIELKA! Mega Gratulacje!Niesamowita jesteś!Miałaś nie tylko kibiców na trasie ale i tych wirtualnych :-) Jeszcze raz Gratuluję!

    • http://bliczek.pl/ Dorotka

      Dzięki wielkie! Wiem, wiem pamiętam o wszystkich Kibicach :) :)

  • Ava

    Jejku, stoczyłaś prawdziwą walkę z własną słabością ciała i wygrałaś – wielkie wielkie graty! Faktycznie nie było co się szarpać z tempem – teraz już wiesz jak to jest, to następnym razem powalczysz o czas. I jaki fajny transparent dla Ciebie przygotowali :) Dziwi mnie że na trasie zabrakło np bananów dla biegaczy – to chyba spore niedopatrzenie. A ile osób wystartowało – wiesz może?

    • http://bliczek.pl/ Dorotka

      Dzięki :) To prawda jest co poprawiać. A transparent pierwsza klasa…wyklejanka z materiału :D

      Co do ilości biegaczy to wiem, że z numerami startowymi było coś koło 2000 osób, czyli w porównaniu z taką Warszawą to niewiele.

  • Damian Orzechowski

    Brawo Dorota! Brawo!

    • http://bliczek.pl/ Dorotka

      Dziękuję :)