24 lip
2014
Kategoria: Lifestyle
Dodane przez    1 komentarz

Nie taki kajak straszny…

Pies siedzący w kajakuTo była sobota 19 lipca 2014 roku. Wybrałam się na spływ kajakowy, zmęczona dniem poprzednim próbowałam się ogarnąć, żeby popływać po rzece Chodelka. Szykowałam się na mój pierwszy raz z kajakiem. Nie do końca wiedziałam jak się ubrać i czego się spodziewać. Naczytałam się o wsiadaniu i wysiadaniu, o tym co robić gdy się wykoleisz. Jedna myśl mnie ratowała, Potrafię pływać! Tzn. utrzymywać się na powierzchni wody.

W końcu koło godziny 12tej znaleźliśmy się w miejscowości Chodlik, skąd mieliśmy rozpocząć swój relaks. Ja i Ad. jako jedyni byliśmy całkowicie zieloni. Dostaliśmy od przewodnika kilka wskazówek i heja wiosła w ruch. Wtedy to się zaczęło…

Kajak był dwuosobowy i dość ciężki. Siedziałam z przodu jako kierownik, a z tyłu Ad. jako sternik, czy jakoś tak. W kajaku ku memu zdziwieniu dużo miejsca. Pierwsze wejście poszło mi całkiem sprawnie. Wygląda na to że jestem dość stabilna i potrafię operować środkiem ciężkości. No i ruszyła maszyna. Co to się działo!! Same cyrki. Spanikowałam, dawno tak nie panikowałam. Nie byłam w stanie się ruszyć, krzyczałam na Ad. żeby nie wiosłował, bo kajak się chybocze. Potem mówiłam “Wiosłuj!”, by zaraz zmienić zdanie. Nawet mówiłam coś o tym, że nie zdejmę kapoka, bo mam stracha przed wodą. To była masakra z katastrofą. W pewnym momencie chciałam wysiadać, ale bałam się że nie dam rady i wolałam zostać.

Krzaki, rośliny w słońcuZostałam i próbowałam nauczyć się korzystać z tego wodnego pojazdu. Wszelkie próby okiełznania niebieskiego “Sprintera” kończyły się w krzakach. W przeciągu 30 minut mieliśmy najbardziej brudny, zaliściony i obrobaczony kajak. Aż mi się go szkoda zrobiło. Gdy już się cieszyliśmy z wyminięcia jednych krzaczorów to lądowaliśmy w następnych. Slalom był konkretny.

Był moment, że już radośnie zdjęłam kapok by ładnie spalić ramiona i prułam do przodu. Coś zaczęło banglać. Aż tu nagle przed nami wyrósł bardzo wąski przesmyk z dość mocnym prądem rzeki. My jako początkujący, przed samym przesmykiem, obróciliśmy się tyłem, trzeba pokazać jak się takie przeszkody pokonuje. A co! Jak szaleć to szaleć! Niestety coś poszło nie tak i stanęliśmy w poprzek. Już widziałam jak wpadam do wody i się topię. Nie wiem jak, ale daliśmy radę. Przez cały czas kierownikowałam i mundrzyłam się, ku cierpieniu Ad.

Dzięki tej akcji wszystko się odwróciło.  Szło jakby lepiej i zaliczaliśmy mniej roślin. No, zaczęło mi się porządnie podobać i zdołałam się rozluźnić.

Ładny kajak na rzece w słońcuDobrze, że początek spływu prowadził szerszą wersją rzeki, bo mieliśmy czas na oswojenie się z wiosłami i chybotaniem kajaku. Potem zaczęła się trudniejsza część, ciągła praca, wymijanie, omijanie, zatrzymywanie i kręcenie. Niezły survival! O ile początek był dramatyczny to mam ochotę na jeszcze raz. Tym razem obiecuję, że będę mniej jojczyć, marudzić i dyrektorować. Bo jeszcze jeden taki wyjazd i Ad. utopi mnie w najbliższej kałuży. Dziwię się że miał w sobie tyle cierpliwości, bo byłam nieznośna i bardzo władcza. Sama siebie zaskoczyłam, nie wiedziałam że potrafię tak gadać przez prawie sześć godzin. Przepłynęliśmy około 14km (Kilk! w trasę), niestety wyznaczana ręcznie. Sama końcówka już po Wiśle była niesamowicie ekscytująca, zwłaszcza w momencie gdy obok przepływał większy z pincet razy statek.

Okazało się że poszło nam sprawnie jak na pierwszy raz. Tym bardziej, że żadne nigdy nie miało do czynienia z kajakowaniem. Kurczę może to jest moja dyscyplina i trzeba zrezygnować z biegania. Nie, nie, nie! Nic z tych rzeczy. Ale mam ogromną chęć na ponowny kajak, ale z namiotem, ogniskiem i komarami. Jak widać mimo przeciwności warto próbować nowych rzeczy. Odkrywasz siebie na nowo. A u Was jak wyglądało pierwsze kajakowanie? Próbowaliście kiedyś?

  • http://burral.net Marcin Jankowski

    Jasne, dosc czesto kajakuje zarowno na 1 dzien jak i dluzsze splywy. Fajna sprawa :)