3 maj
2015
Kategoria: Bieganie, Lifestyle
Dodane przez    Brak komentarzy

UP50 – będę ultrasem?

Piękny widok na Wisłę w okolicach Kazimierza Dolnego i Janowca nad WisłąJeszcze niedawno pisałam o planach, o marzeniach i pragnieniu kilometrów. Zawsze przy zapisywaniu się na bieg, a zwłaszcza opłacaniu startu czuję ten dreszczyk emocji. Gdzieś tam w środku zaczynam już się bać, trochę sobie współczuć, bo nowy cel…a co będzie jak nie wyjdzie, a jak kontuzja…miliony myśli tłuczą się w mózgownicy i nie chcą przestać napływać.

Bałam się swojego debiutu w półmaratonie, jeszcze bardziej stresowałam partyzantką na maratonie w Łodzi, a teraz megaekstrazajebiście stresuję się debiutem ultramaratońskim. Pisząc te słowa, jestem na drugim dniu diety przedstartowej (czyli unikam węgli), do tego pełna obaw i ze ściśniętym żołądkiem myślę, że nie został już nawet tydzień…tylko sześć dni. Pomijam fakt, że oczywiście jak to przed ważnym wydarzeniem samochód odmówił chęci jeżdżenia gdziekolwiek, ale to pikuś. Jakoś tym się strasznie nie przejmuję.
Obawiam się o:

  • moje plecy, czy wytrzymają;
  • złapanie kontuzji;
  • wystąpienie problemów żołądkowych;
  • nawrotu kontuzji kolana z pamiętnego Złotego Półmaratonu w Lądku Zdrój;
  • skurczy;
  • asfalt – ma go być trochę, a ja nie jestem mistrzem asfaltowania i to on najbardziej niszczy mi nogi;
  • temperaturę, gdyż wiem że upał może mnie zniszczyć i sponiewierać;
  • nie przespanie nocy przed startem, bo śpimy na sali i zapewne nie będzie to łatwa noc;
  • no i niesamowicie będę się martwić o Ad. który debiutuje na 70km w tym samym biegu;

Moje nóżki w przerwie w trakcie biegu - treninguObiecałam sobie, że będę się cieszyć całą tą przygodą. Chłonąć dni urlopu, po prostu odpoczywać podczas startu. Wiem jak to brzmi, ale widoki, góreczki i ta piękna zieleń jest warta podjęcia wyzwania, mimo że przygotowania szły różnie, chociaż nie najgorzej. Bardzo jestem ciekawa co to się dzieje po tym 42km w terenie. Szczerze? Szykuję się na spory kryzys psychiczny i fizyczny, bo wiem że z moim obecnym przemęczeniem będzie trudno o świeżość. Ale pragnę tego i dlatego nie odpuszczę startu na rzecz kibicowania. Wolę się styrać, dotrwać z ogromnymi mikrourazami do końca niż żałować, że odpuściłam.

Zapytacie po co mi to?? A bo ja wiem! Lubię wyzwania to raz, dwa to uwielbiam się zmęczyć, no i perspektywa wzięcia udziału w ultra to moje marzenie odkąd zaczęłam biegać. Lubię poznawać swoje reakcje w skrajnych sytuacjach. Uwielbiam czuć niepewność, gdy nie wiem co będzie dalej, a marchewka jest coraz bliżej. Wszystkie emocje z biegu będą MOJE! Jedyne i niepowtarzalne. Liczę się z tym, że mogę nie ukończyć, ale zrobię wszystko by fantastyczny medal UP50 zawisł na mojej szyi. Obiecuję walczyć do końca i nie poddać się ot tak, siadając pod pierwszym, ładniejszym drzewem, wąchając kwiatki.
Czy nastawiam się na konkretny czas? Ani trochę. Samo ukończenie w całości zadowoli mnie całkowicie. Wiadomo spodziewam się bólu całego ciała, protestu członków mych, ale ma to być ból w granicach rozsądku, czyli żadnych kontuzji.

No to z kim się widzę? Lekko ponad 50km to chyba nie tak dużo? ;)