16 maj
2015
Kategoria: Bieganie, Lifestyle
Dodane przez    Brak komentarzy

UP50 – relacja

Pasta Party dzień wcześniej na ławeczkach w parku koło hali sportowejTo już tydzień, równy tydzień odkąd wystartowałam w Ultramaratonie Podkarpackim na dystansie 50km. Wszyscy Ci, którzy systematycznie obserwują mój fanpejdż wiedzą, że ukończyłam bieg i tym samym zostałam ultrasem!

Start był zaplanowany na 9 maj 2015 roku, godzina 5.00 w moim przypadku była tzw. godziną zero. 8 maja dojechaliśmy do Rzeszowa, gdzie wybraliśmy się we trójkę, czyli ja, Ad. oraz Tomek. Chłopcy lecieli na 70km, a ja miałam w planie atak na 50km. Humory dopisywały, wiadomo jak się spotkają biegacze to i wspólne tematy nie mają końca. Zrobiliśmy sobie małe pasta party przed halą sportową, gdzie było Biuro Zawodów, nasz nocleg i odprawa o 18.00. Co jak co, ale na odprawie już zaczęłam panikować, modliłam się do tej mapy z butelką wody w rękach…modliłam się, żeby się nie rozpaść, żeby zmieścić w limicie, żeby była przyjemność. Poza tym wiedziałam, że na hali to ja się nie wyśpię, co oczywiście się potwierdziło. Po pierwsze na dystans 115km biegacze wyruszali o 3.00, co wiązało się z bardzo wczesnym wstaniem, gdzie ja dopiero usypiałam, nie mówiąc już o tych którzy w nocy pompowali swoje materace i smarkali przez 10 minut, jakby nie można było tego zrobić gdzieś poza. No nic, spałam może ze 3h urywkami, bo stres również zrobił swoje.

Wstałam rano, zjadłam pyszne słodkie bułki z serem i rodzynkami, banana i popiłam cieplutką herbatą. Dla mnie ciepły ciaj z rana to podstawa egzystowania. Oczywiście toaleta, przebranie się i żołądek zaczął wariować. Pierwszy raz w życiu chciało mi się wymiotować, mdliło mnie ogromnie…jednak nie mogłam sobie pozwolić na takie rzeczy zaraz przed startem, bo wiadomo od razu byłabym na straconej pozycji. Szybciutko dotarliśmy na start, gdzie na ostatnią chwilę musiałam skorzystać z Toi-Toi i ledwo zdążyłam, ale udało się! Wystartowałam na samym końcu z Ad. czyli jak zwykle w czołówce.

Modlitwy przed biegiem, czyli odprawaSam początek mnie bardzo miło zaskoczył, bo nie było wielkiego huuura z tempem jak to zwykle na biegach krótszych, tylko powoli rozkręcamy łydkę i nie szalejemy. W sumie do biegu terenowego czas minął mi bardzo szybko i wtedy Ad. mnie zostawił, poleciał zdobywać swój debiut na 70km. Bieg w terenie to jest to co kocham, w czym się czuję najlepiej. Zaczęłam wyprzedzać ludzi, mijać na podbiegach i zbiegach. Jednak gdy dogoniłam schylającego się z powodu bólu pleców Ad. dostałam ochrzan, że za szybko lecę. Być może. Poczęstowałam Ad. tabletką, gdyż od dwóch dni nie mógł się schylać i bieg nie leczył kontuzji, po czym znowu się rozstaliśmy. Zwolniłam, po prostu dałam na wstrzymanie mojej ułańskiej fantazji biegowej. Przecież nigdzie nikt Cię nie goni, ciesz się tym i zapamiętaj jak najwięcej! Widoki cudne, mgła schodząca rano pod wpływem coraz gorętszych promieni słońca i wysychająca rosa na zielonych częściach roślin, to jest coś pięknego, czego nie da się zapomnieć. Każda góreczka, pofałdowanie dodawało mi sił, że chciałam więcej i chłonęłam bieg całą sobą. Tak bardzo się zapomniałam, że o mało nie zabiłabym siebie i koleżanki z przodu na stromym zbiegu…w tym momencie ćwiczenia stabilizacji ogólnej uratowały mi tyłek. Już prawie upadłam na twarz…ale plecy i mięśnie brzucha pozwoliły się wyprostować..uff. To był tego dnia ten jeden, jedyny raz, gdy miałam przed oczami siebie schodzącą z trasy.

Do pierwszego punktu odżywczego na 23km leciałam bardzo ładnie i równo swoim tempem. Nie stroiłam fochów, sprawnie pokonywałam podbiegi, na zbiegach nie szarżowałam. Ciągle pilnowałam nawadniania, ale denerwował mnie aslaft, którego potem było więcej i więcej… Punkt odżywczy to szybkie napełnienie bukłaka wodą, dwa ciastka w dłoń, banan w brzuch i leciałam dalej. Wybiegając z Tyczyna, gdzie był punkt spotkałam Rafała, który walczył z kolanem i już miał się wycofać, ale jednak dał sobie jeszcze szansę (no i oczywiście ukończył bieg). Potem przebiegliśmy razem jeszcze kilka kilometrów, które były bardzo przyjemne i za które szczerze dziękuję :)

Gdzieś na trasie UP 50 w 2015Do następnego punktu odżywczego było 11km i te kilometry również wspominam bajecznie. Super panoramy Rzeszowa, wspaniałe wąwozy, świeże lasy, tylko pod koniec trochę asfaltu. Przed samym punktem spotkałam Wojtka, z którym razem już cierpieliśmy do mety. I uwaga! uwaga! po raz pierwszy w życiu zaczęło mi podczas biegu burczeć w brzuchu oraz skończyła mi się woda w bukłaku. Jak ja się dorwałam na tym 34km do tych bułek słodkich to wsunęłam dwie, popiłam super napojem lekko gazowanym w puszce! był też w pakiecie, normalnie dla mnie cud, miód i malina, aaa oraz siła! Tutaj też nie siadałam, bo wiedziałam że dla mojej psychiki to zbytnie rozleniwienie.
Im dalej w las tym więcej drzew – czy jakoś tak. W moim przypadku im więcej kilometrów tym bardziej piekły stopy. Niestety nic nie trwa wiecznie i w moim przypadku nie mogło być tak, że wszystko super się złożyło. O ile mięśnie nie bolały dramatycznie, po prostu ciut były zmęczone, to stopy dały mi popalić i to dosłownie. Do samej mety już praktycznie cierpiałam, jakbym biegła – szła na rozżarzonych węglach. Kamienie wcale nie ułatwiały biegu, tempo spadło całkowicie. Do tego upał też robił swoje, no i mój niezbyt ukochany asfalt. Umysł działał, wszystko grało, tylko stopy się zbuntowały. Marudziłam Wojtkowi strasznie, mobilizowaliśmy się nawzajem, ale nie było łatwo. Tak naprawdę w trudniejszych warunkach nie mogliśmy się poznać, ale mimo wszystko humory dopisywały. Najgorzej, że w takich chwilach mam okropnego nerwa na siebie, że coś zrobiłam nie tak, że znowu coś…ale jedno było pewne co bym nie robiła do mety dotrwam, czyli spełnię swoje marzenie o pokonaniu takiego dystansu, czyli powyżej maratonu.

Wbieg na metę z TomkiemNa około 4km przed metą dogonił mnie Tomek. Biegł na 70km i o ile długi czas leciał w czołówce, tak w pewnym momencie organizm odmówił posłuszeństwa i sporo stracił. W sumie te ostatnie kilometry to wspólne zbieranie sił na wbiegnięcie na metę. Nikt z nas nie miał parcia na wynik, bo co nam zmieni te parę minut. Każdy z nas czuł się spełniony i zadowolony. I tak we trójkę dotarliśmy do mety :)
Przez te całe emocje zapomniałam zrobić kilka pąpek na mecie w ramach Smashing Pąpkins, za co przepraszam i obiecuję poprawę :) Gdy dostałam medal czułam się jak wariatka, jakbym umarła i zaraz narodziła się na nowo. Szczęście i niedowierzanie, ból i przyjemność, radość oraz łzy. Wspaniały moment! No megasuperzajebisty!

Jak myślicie co zrobiłam zaraz po przekroczeniu mety?? Tak! Wzięłam magiczny napój w puszce i zdjęłam buty oraz skarpetki by zanurzyć stopy w lodowatej wodzie! Ależ to była ulga…wkładając nogi do wody, wydałam z siebie taki odgłos, że można było pomyśleć sobie różne rzeczy ;) Następnie wykonałam szybki telefon do Ad. gdzie jest i jak mu idzie…a wtedy zebrało mi się na płacz. Z emocji! Z bezradności…że nie jestem w stanie pobiec do niego i wrócić na metę, a uwierzcie mi chciałam i planowałam. Bo ja już siedzę, moczę się, a on nadal walczy. Ale wiedziałam, że sobie poradzi! Byłam tego pewna i się nie myliłam :)

Od tego momentu medal UP50 jest moim ukochanym i ulubionym :) Mimo bólu jestem pewna, że takie długie biegi kocham, za atmosferę, za czas ich trwania, za satysfakcję po, za poznanych ludzi na trasie, za wszystko. Nie zamieniłabym tych ponad 7h na nic innego, po prostu. Wyszło podobno 54km, także więcej o dwa, byłam nastawiona na 52km ;) Organizacja pierwsza klasa, oznakowanie trasy również, pakiety naprawdę niczego sobie, a punkty odżywcze na bogato i wszyscy dotarliśmy do mety, więc czego chcieć więcej?
Po dekoracji na której Tomek wygrał w Służbach Mundurowych na 70km, poszliśmy po prostu spać. Rano jak się okazało niekoniecznie wszystko strasznie bolało. Moje stopy odpuściły całkowicie.

Właśnie to mnie martwi…dlaczego tak bardzo piekły mnie stopy? Czy to wina ilości asfaltu? Ostatnio nic nie trenowałam po asfalcie. Wina butów? Miałam typowo w teren. Skarpetki? Może ktoś ma jakiś pomysł…bo nie chcę by to się powtórzyło. Wszelkie rady, pytania, gratki i inne rzeczy w komentarzach Robaczki.

Zapytacie co dalej…dalej zamierzam biegać. Najwcześniejszy bieg, w którym startuję to Bieg Szlak Trafi, na który serdecznie zapraszam! Zapisy TUTAJ.